stat4u
RSS
poniedziałek, 19 marca 2012
Wygnaniec część 3

Johun otworzył oczy. Wstał, choć protestowały wszystkie mięśnie. Ból rozrywał go od środka, każde cięcie na grzbiecie i każdy wyrwany kłak paliły żywym ogniem. Zostali sami.

- Jak... moje ucho? - spytał Maru próbując się podnieść. - Strasznie... mnie boli.

- Nie masz ucha - odpowiedział Johun wpatrując się w ciżbę szczurzą kłębiącą się w oddali. Niewiele widział przez zasnute krwawą mgiełką oczy, ale zapach powiedział mu wystarczająco dużo, by zmusić poszarpanego szczura do marszu. Zapach śmierci.

Zostawiał krwawy ślad, ale szedł ignorując ból. Zapach stawał się coraz cięższy, pełny napięcia. Johun szedł coraz szybciej, niemal biegł. Rozchylił pysk szczerząc potężne siekacze, nastroszył wąsy. Posklejane zasychającą krwią strąki sierści na grzbiecie sterczały dotykając niemal stropu tunelu.

Wpadł między zgromadzone ogony. Roztrącił stojących na obrzeżach młodziaków, kilka starych samic odskoczyło z piskiem na jego widok. Parł dalej nie zważając na ostrzegawcze syki i piski. Dotarł wreszcie na środek, skąd dochodził wabiący go zapach śmierci. I czegoś jeszcze, co uświadomił sobie później.

Na środku, na wolnej przestrzeni pozostawionej przez tłoczące się szczury stał Stalowy.

- Czas spokoju się skończył! Czas gnuśności przeminął! - zagrzmiał, po czym odwrócił się do stojących za nim wojowników. - Dajcie go!

Ubij i inny wojownik, którego imienia Johun nie znał prowadzili wijącego się, starego samca trzymając go za uszy.

- Puszczać! Natychmiast mnie puszczać glinożercy! - piszczał tyran. Ozdoby, którymi się przystrajał leżały na ziemi deptane przez wojowników. Plemię zadrżało, jednocześnie i jednomyślnie, setki ogonów zatrzęsły się w przerażeniu. Symbol mocy plemienia upadł.

- Zmieniłeś nas w ślepe, tłuste jednodniowe noworodki! - Stalowy stał nad wierzgającym tyranem i choć mówił do niego, to patrzył w tłum. - Silne Ogony i Wyjce zabrały nam wiele gniazd, jeszcze więcej spiżarni! A ty stroiłeś się, jak głupi, jak młody, jak człowiek! Jedna jest kara za twe zbrodnie! - krzyknął i rzucił się do gardła tyrana. Ciął szybko i pewnie. Tyran zamachał rozpaczliwie łapami, spróbował coś powiedzieć, ale nie był już w stanie. Kałuża krwi rosła z każdą chwilą, wódz umierał na oczach plemienia.

Johun spojrzał na Stalowego i zrozumiał, że jednocześnie narodził się nowy.

- Czas na wojowników! - zagrzmiał Stalowy stając na truchle starego szczura, który kiedyś, już tylko w snach starych samic był tyranem. - Poprowadzimy was do chwały! Ja was poprowadzę!

***

- I tak władzę w plemieniu przejęli wojownicy - mruknął Johun zasypiając.

sobota, 03 marca 2012
Wygnaniec część 2

Kilkunastu dorosłych otoczyło Maru i Johuna. Wszyscy nosili blizny klanu wojowników.

- No i? - syknął największy zwany przez wszystkich Ubijem. Chodził wielki, pocięty bliznami i bezimienny, bo jego prawdziwe Imię zatarło się w szczurzej pamięci. - Myślicie, że jesteście cwaniaki? Żeście takie mądre?

- Nie - Maru skulił się i pisnął poddańczo.

- Tak - Johun spojrzał w oczy wielkiemu samcowi, ojcowi połowy młodych plemienia - Jesteśmy cwaniakami, bo zniszczyliśmy zapasy Silnych Ogonów, jesteśmy cwaniakami, bo biegliśmy szybciej od Zarifa, a największymi cwaniakami jesteśmy, bo wciąż bez ustanku się mordujemy, bez sensu i bez... - Johun zwinął się w pół pod uderzeniem i padł na betonową podłogę kanału.

- Ha! Cwaniak, wygadany i odważny! - Ubij zaśmiał się i postawił Johuna do pionu. - Już cię lubię młody.

- Jutro - powiedział Stalowy, zwany tak przez sierść, szarą i błyszczącą, a może przez spojrzenie, matowe, pozbawione wyrazu spojrzenie zimnokrwistego zabójcy. - Otrzymacie nowe imiona.

***

Każdy szczur dostaje Imię od matki. Dostaje je gdy otworzy oczy, gdy porośnie futrem i nosi je aż do śmierci. Taki los przypada większości szczurów. Niektóre - wyróżniające się siłą, odwagą, mądrością lub sprytem mogą zostać przyjęte do jednego z klanów. Dostają wówczas drugie Imię. Nadaje je im przywódca klanu i noszą je z dumą do końca życia. Raz na pokolenie rodzi się szczur, który nadaje sobie imię sam...

***

Migotliwe światło latarni padało przez kratkę, pionowo w dół, aż na dno kanału, na plac, gdzie kotłowały się setki ogonów. Stawiło się niemal całe plemię, jedynie matki z najmniejszymi młodymi zostały w jamach.

Powietrze, śmierdzące i ciężkie dla przybyszów z zewnątrz było niczym powiew wiosennego wiatru dla przyzwyczajonych do pełzania w rurach i najwęższych tunelach szczurów. Oddychały głęboko, napawały się otwartą przestrzenią i potęgą plemienia.

Z dala od największego tłumu czekających na przybycie tyrana klanu, w ciemnym kącie, gdzie przerdzewiała rura rzygała nieczystościami wprost do ścieku kilkunastu przedstawicieli klanu wojowników stało w kręgu zamykając w środku Johuna i Maru.

- Wszyscy wiemy po co tu jesteśmy - powiedział Stalowy stając na tylnych łapach. - Nie jesteśmy znani z długich mów, ani z pompatycznych uroczystości - dodał spoglądając na plac, gdzie rozpoczynała się ceremonia powitania tyrana. - Do dzieła!

Szczury rzuciły się na młodych gryząc i drapiąc. Trysnęła krew. Johun leżał starając się osłonić pysk przed zębami i pazurami. Nie skamlał, choć przychodziło mu to z trudem. Pisnął, gdy Ubij odgryzł mu końcówkę palca w tylnej łapie.

Stalowy stał z boku i obserwował.

- Wystarczy - rzucił po chwili, a szczury natychmiast odstąpiły od młodych. - Wstań Maru, odważny i pomysłowy, od dziś zwany Cwaniakiem.

Maru wstał dygocząc. Był pokąsany, miał rozdarte ucho i brzydką szramę na plecach.

- Cwaniak - powiedział kaszląc i plując krwią z rozciętego dziąsła. - Świetnie.

- Wstań Johunie, bezczelny i szybki w słowach, zwany od tego dnia Płomieniem.

Johun - Płomień wstał. Opanował drżenie nóg i rozejrzał się po wojownikach.

- Wy jesteście bandą wariatów - powiedział i roześmiał się. - No to pasuję!

- Teraz świętujcie, jeśli macie siły, ja mam coś jeszcze do załatwienia. - Stalowy odwrócił się i pognał w stronę największego tłumu.

***

- No i co?! Co dalej?! - Kotusia miauknęła z szafy - Tak się nie robi!

- Zmęczyłem się - mruknął Johun - Przynieście mi coś do jedzenia.

niedziela, 26 lutego 2012
Wygnaniec część 1

Trzech zwiadowców wracało do wioski. Biegli ostatkiem sił zostawiając krwawe ślady na betonie. Najciężej ranny młodziak zwalniał wyraźnie utykając na rozdartą do kości łapę. Dwaj pozostali biegli pełnym pędem uciekając przed kilkunastoma dorosłymi szczurami.

Skręcili w mały kanał burzowy. Jeszcze kilkaset metrów do terytorium plemienia. Ścigający byli wypoczęci, silni i zdrowi, byli coraz bliżej.

- Jest! - wysapał biegnący na czele Maru. Podbiegł do małego, wygryzionego wspólną pracą dziesiątel szczurów otworu w ścianie stanowiącego wejście na tereny plemienia, odbił się od ziemi, złapał krawędzi i podciągnął. Za nim do środka wskoczył Johun.

- Dawaj! - krzyknął on do ostatniego zwiadowcy. - Dawaj Zarif!

Zarif podbiegł do wejścia, spróbował się odbić, ale rozdarte mięśnie i ścięgna ostatecznie odmówiły posłuszeństwa. Pisnął z bólu i upadł.

- Szybko! Wstawaj! - krzyczał Johun widząc zbliżających się napastników.

- Nie dam rady - odpowiedział ranny szczur. - Biegnij po wojowników.

- Maru już biegnie. - Johun spojrzał w dół wąskiego korytarza. Maru był już daleko z przodu piszcząc na alarm. - Skacz!

- Nie dam rady, uciekaj.

Johun spojrzał na nadbiegających, odwrócił się i ruszył za Maru. Nie przebiegł nawet dziesięciu ogonów, gdy dobiegł go przeraźliwy pisk Zarifa.

***

Dwa szczury siedziały w małej norze na granicach terytorium plemienia. Wykradzione z ludzkiego mieszkania przez młodych mięso leżało między nimi.

- Znał ryzyko - powiedział Maru myjąc pogryziony ogon. - Równie dobrze ja mogłem nie wrócić. Mogliśmy wszyscy zginąć.

- My go namówiliśmy. Był za młody - odpowiedział Johun odgryzając kęs

- Miał prawie sto dni.

- Zginął bez sensu.

- No i co? - Maru wstał, przeciągnął się i ziewnął prezentując potężne zęby. - Każdy kiedyś zginie, on przynajmniej w walce.

- Walce?! - Johun zjeżył się. - To były wygłupy, nie walka. Zabijamy się między sobą, a prawdziwy wróg się cieszy.

- Nie zaczynaj - odpowiedział drugi szczur wychodząc. - Nawet nie zaczynaj, bo cię wygnają.

***

- I co dalej? - pisnęła Krochmalka

- Jutro kocico - mruknął Johun. - Jestem stary i mam dość na dziś.

poniedziałek, 06 lutego 2012
Święty Płomień Zachodu. Albo Północy.

- Nie masz jakiegoś innego imienia - fuknęła Krochmalka z drapaka. - Johun brzmi jakbym się zakrztusiła kłaczkiem.

- Śmietnikoty nazywają mnie starym wariatem - powiedział szczur.

- Ciekawe dlaczego - westchnęła Astra przypatrując się zwisającemu głową w dół z lampy Johunowi.

- Też tego nie rozumiem. - Johun wygiął się, złapał za własny ogon i wspiął po nim jak po linie. - Możecie mówić na mnie Franek, lubię to imię.

- Mamy cię nazywać imieniem Dużych? - miauknęła Kotusia, zwyczajowo sceptyczna na szafie.

- Nie Dużych, tylko bachorów. Franek to był mój ulubiony bachor - pisnął Johun tracąc równowagę. Balansował przez chwilę na żyrandolu, po czym spadł na puszysty dywan. Odbił się kilka razy, zrobił dwa salta i wylądował na czterech łapach i ogonie na dokładkę.

- Był? A co się z nim stało?  - mruknęła Krochmal

- Sam nie wiem. Jednego dnia bawisz się z bachorem, następnego on jest już Duży i nie możecie się dogadać. - Johun przemył kilka razy pyszczek i kontynuował - Skoro nie podoba wam się Johun, Święty Płomień Zachodu, Krwawy Mściciel Plemienia Kłów Z Kamienia, Wielki Wezyr Piwnicy...

- Dobrze! Już dobrze! Niech będzie Franek! - wrzasnęła Krochmalka zeskakując z nastroszonym ogonem na podłodze obok szczura. - Tylko już przestań!

- Nie denerwuj się szara kocico, nie ukradnę należnego vi miejsca w tej opowieści - szepnął Johun vel Franel AKA Mroczny Płomień Przedświtu alias Dziki Mściciel. - Przyszedłem podzielić się swoją. śmietnikoty nie chcą już mnie słuchać...

- A my posłuchamy - powiedziała Kotusia.

- Pewnie - mruknęła Krochmalka układając się na dywanie. - I tak nie mamy nic lepszego do roboty.

- Opowiedz nam jak zostałeś wygnańcem - powiedziała Astra z wysokości kanapy.

- To nie jest wesoła opowieść, koty moje drogie i psie przewspaniały. - Johun nastroszył wąsy.

- Dawaj Franek!

 

 

poniedziałek, 02 stycznia 2012
Leniwość

Krochmal leżała pod choinką oddychając wolno i ciężko przez szeroko otwartą paszczę. Wyciągnięte łapy trzymała między gałęziami drzewka.

- Co ty w zasadzie robisz? - mruknęła spod koca Kotusia

- Rozbrajam bombkę - odsapnęła Krochmal chwytając w łapy słomianą kulę. Chwilę nią manipulowała, by wreszcie ściągnąć ją z gałązki. Nabiła zdobycz na pazury, już miała pobiec do Dużych chwaląc się zdobyczą, gdy stwierdziła, że to zdobycz trzyma ją.

- Aaaa! Ratunku - wrzasnęła kocica i zerwała się na trzy łapy, z czwartą tkwiącą w kotożernej kuli, która odbijała się od podłogi przy każdym kocim skoku i coraz mocniej zaciskała się na niedoszłym łowcy.

- Zabierzcie ją! Weźcie to! Zabijcie to coś!

- Twoja kolej - powiedział Duży nie odrywając spojrzenia od książki.

- O nie, ja zdejmowałam jej aniołka z głowy.

- A ja zdejmowałem ją z choinki.

- A niby kiedy Krochmal na nią wlazła?

- Jak się kąpałaś.

***

Zapadła noc. Wszyscy spali. Duzi na łóżku, Kotusia na pufie, Krochmal na Dużych, a Astra... No właśnie,  gdzie była Astra? 

Nie w leżysku, tam leżał tylko zwinięty koc. Nie pod biurkiem. Na pewno nie na łóżku. Czyżby kolejny zaginiony?

- Nie... - rozległ się szept. - Tutaj jestem.

W ubikacji? To ona tam robi? Czemu nie wyjdzie, nie ułoży się wygodnie i nie zaśnie, jak na uczciwego psa przystało? Czyżby miała coś na sumieniu?

- Nie - cicho zaprzeczyła - Zaraz wyjdę, naprawdę.

Na co czeka ten dziwny pies?

- A... a strzelają jeszcze?

sobota, 24 grudnia 2011
Słońce

Duzi wyszli kocią drzemkę temu. Czarny śmietnikot przemycony do mieszkania zaraz po ich wyjściu leżał na kanapie wyciągnięty na całą kocią długość. Astra przyglądała mu się z wyraźnym zaciekawieniem.

- Gdzie ty to wszystko zmieściłeś? - spytała mając w pamięci - bolesnej - miskę pełną kolacji.

- W brzuchu oczywiście - mruknął obżarty kocur, przewrócił się na grzbiet i przeciągnął z całą rozkoszą, na jaką stać objedzonego, rozleniwionego kota.

- A co z ciemnością?! - miauknęła zirytowana Krochmalka. - Co ze Słońcem?!

Kocur, przemycony do mieszkania z wielkim poświęceniem z jej strony zamiast opowiadać rzucił się na jedzenie, pożarł kolację Astry i Krochmala. Pożarłby także porcję Kotusi, ale ta widząc co się dzieje doskoczyła do miski i zaczęła się na wyścigi napychać. Leżała teraz w kącie i spała chrapiąc ciężko.

- No mów! - Krochmal podskakiwała z napięcia strosząc wąsy.

- Podejdźcie do mnie - powiedział śmietnikot wstając. Przeciągnął się, ziewnął i jednym susem znalazł się przy oknie.

- Opowiem wam historię, którą słyszałem od starego śmietnikota, który usłyszał ją dawno temu od innego śmietnikota, który to poznał ją mieszkając u Dużych zanim wybrał życie bezDuże - zaczął mówić, a Astra i Krochmal siadły i słuchały.

- Co roku Słońce chowa się przed zimnem, śniegiem i kwaśnymi minami kotów, psów, Dużych i wszystkich innych stworzeń. Chowa się, no bo co tu ma robić? Zimno, mokro, mróz, a do tego smutno. Ciężko rano wstać zwykłemu śmietnikotu, a co dopiero Słońcu, które widzi cały świat, każdą skwaszoną gębę. Brrr... - warknął śmietnikot.

- Biedne Słońce - sapnęła zasłuchana Astra myśląc o tych porankach, gdy wyjście z leżyska zdawało się niepodobnym wysiłkiem pomnożonych przez tysiące psich, zaspanych pysków i spojrzała na słabe, ledwo przebijające się przez szarobure chmury Słońce.

- Słońce  z każdym dniem zniechęcone słabnie i znika. W końcu jest go tak mało, że nawet ponurzy, wpatrzeni w ziemię Duzi podnoszą głowy i widzą, że ze Słońcem dzieje się coś niedobrego - mówił śmietnikot. - Widzą to, co koty, psy, szczury, a nawet głupkowate gołębie widziały od dawna.

- Ale co możemy z tym zrobić? - Krochmal spytała wiercąc się i nerwowo bijąc ogonem.

- Dokładnie to, co ja robię - odrzekł śmietnikot uśmiechając się po kociemu. - Jem, piję, cieszę się życiem i pokazuję Słońcu, że u nas jest miło i warto tu zostać.

- A to? - spytała Astra wskazując na zielony krzak obwieszony kocimi zabawkami. - Co to jest?

- Nazywają to choinką. - Śmietnikot podszedł do drzewka.

- Duzi są trochę... no wiecie, głupkowaci, nie zauważyłyście? - Krochmal z zapałem pokiwała głową - I potrzebują różnych przypominaczy. Dlatego stawiają choinki, przygotowują całe masy dobrego jedzenia... - Astra zerknęła w kierunku lodówki i zaczęła się ślinić - Ubierają się ładnie, spotykają w stadach i wtedy dają sobie pozwolenie, żeby być miłymi, uśmiechniętymi, żeby cieszyć się, że życie jest takie fajowe. - miauknął kocur i dodał - Krótko mówiąc dopiero wtedy zachowują się jak zwierzęta, nie jak Duzi.

- Ale potem oni rozbierają choinkę, zdejmują ładne ubrania i znowu są skwaszeni - powiedziała Kotusia podnosząc się z trudem.

- I to jest ich największy błąd i najlepszy dowód na ich głupkowatość! - Czarny kocur miauknął triumfalnie. - Słońce ucieszone zmianami wraca, rośnie w siłę z każdym dniem, a oni chodzą ponurzy jak pusty żołądek w mroźny poranek.Są nawet smutniejsi, niż wcześniej, gdy Słońce się chowało.

- To prawda, dokładnie tak jest - wykrzyknęła Krochmalka podskakując kilka razy.

- Ale co w takim razie mamy teraz robić? - spytała Astra. - Ale tak konkretnie, tu i teraz.

- Uśmiechnij się psie, spójrz na swoje dobre, dobre życie i ciesz się każdą jego chwilą - powiedział kot. - Nie daj Dużym o tym zapomnieć i czasem pomyśl o tym, co możesz zrobić dla innych. A poza tym zjedz coś dobrego!

- Ale jak mam zjeść coś dobrego, skoro ty...

- Ja to już muszę znikać - szepnął śmietnikot i jak powiedział tak zrobił.

Krochmal, Kotusia i Astra siadły pod oknem, spojrzały na ciemne niebo, na którym zamigotała pierwsza gwiazda.

- To chyba dobry znak - mruknęła Kotusia

- Bardzo dobry - miauknęła Krochmal i pacnęła Kotusię w nos - Goń mnie, grubaszczyku!

Kotusia poderwała się za znikającą w korytarzu szarością. Za nią zerwała się Astra szczekając ze śmiechu.

wtorek, 20 grudnia 2011
Ciemność

Drzewa za oknem chwiały się pod naporem wiatru. Krochmalka siedziała z nosem przytkniętym do szyby i obserwowała jak ostatnie liście ulatywały w ciemność.

- To już wieczór?

- Zaraz śniadanie - mruknęła Astra spod koca.

- Niemożliwe - powiedziała cicho Krochmalka. - Jest tak ciemno.

- Na pewno - powiedziała z wysokości szafy Kotusia - Ogon tak twierdzi.

- Brzuch chyba - odpowiedziała Astra - Tutaj słyszę, że coś burczy z głodu i to chyba nie jest ogon.

- Twój brzuch grubaśniku!

- Twój!

- Zobaczcie - szepnęła Krochmalka - Księżyc na niebie.

- Księżyc widać w nocy - prychnęła Kotusia.

- Rzeczywiście! - Astra poderwała się i podbiegła do okna. - Księżyc.

- Księżyc widać w nocy, jeśli teraz go widać, to jest noc - stwierdziła specjalnym Ja Mam Zawsze Rację I Mój Ogon Też tonem Kotusia.

- Ale sama przed chwilą mówiłaś, że zaraz będzie śniadanie - Krochmal odwróciła się i spojrzała wyczekująco na Kotusię. Ta zeskoczyła z szafy i spojrzała na blady Księżyc.

- Jest tylko jedna odpowiedź - powiedziała. - Na świecie zapanowała wieczna ciemność.

- Co?! Jak to?! - Zaczęły się przekrzykiwać Astra i Krochmalka - Nie będzie już jasno?

- Może będzie - wyszeptała Kotusia - Jeśli światło wygra...

- A jak możemy mu pomóc? - spytała Astra, lekko spanikowana wizją wiecznej szarości przeplatanej ohydnymi, sinymi plamami chmur.

- Nie wiem.

- Śmietnikoty na pewno wiedzą! - miauknęła Krochmalka - One wiedzą wszystko! Trzeba się spytać śmietnikotów.

- Lepiej, żeby wiedziały, inaczej czarno to widzę - powiedziała do siebie Kotusia, a ogon przytaknął zmartwiony.

***

- Co za zwierzyniec przeokropny - powiedziała Duża otwierając lewe oko. - Nie dość, że lenią się cały dzień, nie mają zmartwień, to jeszcze budzą o strasznej porze.

środa, 14 grudnia 2011
Dni bez śniadania, noce bez koca

- Jak mogliście się zgubić? - Krochmal spytała wciskając się między Astrę, a Kotusię. - To ja się zgubiłam.

- A my z ogromnym poświęceniem i narażeniem życia, zdrowia i czystego futra... - Kotusia z odsunęła się dyskretnie od tulącego się do niej przez sen śmietnikota. - ...ruszyliśmy ci na ratunek.

- No to mnie ratujcie.

- Nie czujesz się uratowana? - spytała Astra wciskając się pod stertę gazet.

- Niespecjalnie - mruknęła Krochmalka i zasnęła.

***

Śmietnikoty mieszkały w śmietniku. Ogon mruknął coś o plenum zjazdu, gdy o tym usłyszał, ale nikt go nie zrozumiał.

Śmietnik był mały, śmierdzący i zimny, a Astra duża i ciepła oraz najwyraźniej kottomagnetyczna, bo z każdą chwilą coraz to nowy śmietnikot próbował się do niej przytulić i uszczknąć coś z owego ciepła.

- Nie tak sobie wyobrażałam ósme urodziny - Astra mruknęła i spróbowała się obrócić na drugi bok, co utrudniał bury kocur wczepiony w psią sierść wszystkimi łapami i ogonem na dodatek.

- Urodziny? - Kocur ocknął się i spojrzał na Astrę. - Masz dziś urodziny?

- Tak. I co z tego?

- Jak to co? Masz urodziny!

- No i? - powiedziała Astra wsuwając łeb w gazety. - Z czego tu się cieszyć?

- URODZINY! - Buras miauknął tak straszliwie, że blaszany dach śmietnika zaczął drgać, a dwa stare wróble siedzące na rynnie padły trupkami.

- Urodziny? - Czarna kotka wysunęła się z pachnącego szprotkami kartonu, spojrzała na Astrę i miauknęła - Urodziny!

- Urodziny! Urodziny! Przechytrzyła zły los! - wrzeszczały już wszystkie śmietnikoty.

- Masz urodziny! - Czarny kot, który znalazł Krochmalkę wskoczył na obtłuczony sedes, dał łapą znak i śmietnikoty ucichły. - Wiesz co to znaczy?

- Nie - mruknęła Astra wysuwając nos spod gazety.

- To my ci...

-...wytłumaczymy!  - dokończyła biała kocica. - Ja mam lat pięć i do życia wielką chęć, dzieci miałam dwanaścioro, roku dożyło czworo!

- A ja mam cztery lata z hakiem i na więcej chętkę, a czy dociągnę piątego, nie wiem tego!

- I o to chodzi psie ośmioletni ze smutną miną - miauczał kocur z wysokości porcelanowego tronu. - Gdy kolejny rok mija ty nie łam się, nie mów "Co ja? W tym wieku? Niemożliwa rzecz!" tylko się ciesz!

- Ciesz się, że oszukałeś oszusta, co znaczonymi kartami gra! - Rudy kot bez ucha wskoczyła na pustą puszkę, przejechał na niej kilka kocich ogonów, po czym rymsnął z hukiem o ścianę, wpadł do kartonu i dokończył: - Bo to właśnie jest życie!

- Weźmy na przykład mego kumpla, na imię miał Cześ.

-...a nie przypadkiem Zbych?

-...co miał lat sześć!

-...a nie siedem?

- Życia był królem, szczura powalał pazurem...

- Jednym?!

- Jednym!

- I co?

- I go wóz rozjechał, o tak! Stuk i chrup!

- I zimny trup!

- A ja miałam siostrę, tak białą jak śnieg - Mała kotka cicho zamiauczała stojąc na grzbiecie Astry. - Razem włóczyłyśmy się, na gołębie ze mną polowała, ale zamarzła sama.

- Przed pierwszymi urodzinami! - zawyły śmietnikoty.

- Każde urodziny to od losu dar, boś mógł już psie być wśród mar! Każdy siwy włos to dowód, że los ci sprzyja ponad miarę! Więc się ciesz każdym wieczorem, o poranku szczerz się w uśmiechu , bo przyjdzie dzień, że powiedzą "pies zdechł"!

- Nie żałuj minionych chwil, bo ich ci nic nie zabierze, mogłeś psie mieć ich znacznie mniej...

-...jak Edek, Myśliwy, czy Zwierzę!

- Więc się ciesz! Się ciesz! 

- Więc się ciesz! - darła się Krochmalka. - Cieszę się! Zostaję tutaj! Cieszę się i zostaję!

***

- Co to za piekielne hałasy - wymamrotał Duży budząc się.

- To Krochmal - Duża nie spała. Stała przy oknie.

- Słyszysz Krochmala w tym jazgocie?

- Tak, to na pewno ona. Idź sprawdź.

- Jest trzecia w nocy.

- Proszę...

***

- Cieszę się, cieszę! - wrzeszczała Krochmalka

- A my zaczniemy jak się już zamkniesz - mruknęła Kotusia, a ogon pokiwał z aprobatą.

Nagle drzwi od śmietnika otworzyły się.

- To wy - szepnął Duży patrząc na zakopanych w śmieciach zaginionych domowników.

- Śmietnikoty! Gdzie jesteście?! - miauknęła Krochmalka protestując zawzięcie, gdy Duży brał ją na ręce.

Po chwili cała trójka wracała do domu.

- No ale kąpiel to was nie ominie - szepnął Duży. - I mnie chyba też.

- Śmietnikoty - cicho parsknęła Krochmalka zasypiając.

 

 

 

piątek, 25 listopada 2011
Co trzy zguby to nie jedna

- Daleko jeszcze?

- ...

- Daleko jeszcze?

- ...

- Pytałam, czy...

- ...daleko.

- Aha - burknęła Krochmal i szła dalej. Czarny kocur prowadził ją w ciemność piwnicy.

- A jest więcej śmietnikotów?

- Tak.

- A skąd się bierzecie?

- Różnie.

- A ja też będę śmietnikotem?

- Nie.

- A dlaczego?

- Bo nie. Zamknij się.

- Wcale nie chcę być śmietnikotem. Tak się tylko pytałam.

- Zamknij się, bo cię tu zostawię.

***

Kotusia i Astra szły w milczeniu. Zdaniem Kotusi było już naprawdę ciemno i całkiem zimno, Astra za to uważała, że zrobiło się całkiem ciemno i naprawdę zimno.

Szły nie odzywając się, żadna nie miała ochoty powiedzieć na głos tego, o czym obie myślały. Zgubiły się szukając Krochmala.

***

- Cała trójka. Nie mogę uwierzyć - powiedział Duży siadając na kanapie.

- Znajdą się? - spytała Duża.

- Oczywiście, że tak.

- Chyba sam w to nie wierzysz.

***

- Strasznie zimno, musimy znaleźć miejsce na noc - powiedziała Astra.

- Noc? A kolacja? - Kotusia zatrzymała się i spojrzała na psa. - Co z kolacją?

- Nie będzie - odpowiedziała Astra zwieszając głowę do samej ziemi. - Zgubiliśmy się.

- Zgubiliśmy - potwierdziła kota. Ogon lekko drgnął i znieruchomiał zrezygnowany.

- Prześpimy się, a rano będzie jasno i wtedy na pewno znajdziemy drogę do domu.

Kotusia kiwnęła głową, ogon też kiwnął, bo opadł z sił i nie miał ochoty na kłótnie.

Szli dalej. Astra rozglądała się próbując znaleźć jakiś znajomy punkt, szczegół, który pamiętałaby z codziennych psacerów, ale bez rezultatu. Krótki wypad z Dużym, to coś zupełnie innego, niż samodzielna wędrówka między blokami. Astra opowiadała kotom o dworze, chwaliła się, że tylko Duzi i ona mogą wychodzić i jaki był tego efekt? Krochmal uciekła.

- Może tam? - Kotusia wskazała na jakiś mały domek-niedomek z czerwonym dachem i niedomkniętymi drzwiami.

- Spróbujmy - powiedziała Astra.

Z każdym krokiem kot i pies czuły, że pomysł noclegu w rzekomym domku to kiepski pomysł.

- Fuuuj, co tak cuchnie? - miauknęła Kotusia zwalniając. - Sama idź sprawdzić, co to jest. Ja poczekam tutaj.

Astra podeszła do wejścia i zajrzała do środka.

- Strasznie tu śmierdzi, nie możemy tu spać - sapnęła oddychając przez pysk.

- No to szukamy dalej - odrzekła Kotusia odwracając się.

- To wy! Puszczaj! Oni mnie szukają! - Uszu zwierzaków doszedł dziwny, metaliczny ryk, a za chwilę ze śmierdzichatki wybiegł na nich Krochmal. - Szukaliście mnie!

piątek, 18 listopada 2011
Śmietnikoty

W piwnicy było ciemno i zimno, a na dodatek śmierdziało skisłymi ogórkami. Krochmal posuwała się do przodu, do widocznego w oddali światła. Szła krok za krokiem, starając się omijać kałuże ohydnej cieczy niewiadomego pochodzenia.Nagle stanęła.

- Jedzenie! - miauknęła cicho i skoczyła do przodu. Chwyciła w zęby aromatycznie pachnący kawałek czegoś...

- Zostaw to! Wypluj!

Krochmal nie nawykła do wykonywania poleceń, tym razem jednak czy to z zaskoczenia, czy może ze zmęczenia - posłuchała.

- Mądrze. - Głos był wysoki, nieco piskliwy, ale jednocześnie dominujący. - Zjadłbyś kocie, za trzy dni byłbyś truchłem. 

- Jak to?

- Ludzka sprawka. Trują nas, nie chcą nas.

- Trują? Ludzie... Duzi? - Krochmal wyobraziła sobie Dużego trującego koty. Byłoby to straszne, gdyby nie było tak śmieszne. - Niemożliwe.

- Możliwe głupi głupku. Śmierdzisz ludźmi. Co tu robisz?

- Wyszłam... - zaczęła Krochmal. Milczała przez chwilę i dokończyła - W sumie nie wiem po co.

- Bo jesteś głupim głupkiem.

- A ty kim jesteś, co? - odpowiedziała kocica. - A może kłamiesz i chcesz jedzenie dla siebie?

- To jedz.

- Kim jesteś?

- Johun Wielki, Mściciel Plemienia. Ale możesz nazywać go Starym Wariatem. - Obok Krochmalki pojawiły się najbardziej żółte oczy, jakie kocica kiedykolwiek widziała. Oczy spojrzały na nią, a ona dostrzegła czarnego kota, oczu nosiciela.

- Johun Wariat Mściciel?

- Johun Wielki! Mściciel Plemienia! - pisk przeszedł w ryk. Krochmal poczuła jak coś ciężkiego spada jej na kark i gryzie.

- Auaaa! Puszczaj! - wrzasnęła i wyskoczyła w górę jak ugryziona. Napastnik spadł.

Siedział teraz pod ścianą i wylizywał obolałą łapę.

- Kto... Co... Kto... to jest?

- Szczur - powiedział kot.

- Aha - odpowiedziała Krochmalka, której wiedza o szczurach ograniczała się do zasłyszanych od Astry opowieści o małych, śmiesznych i ruchliwych zwierzątkach. Rzekomy szczur siedzący przed nią nie był mały, nie był śmieszny, a ruchliwy był tylko przez moment.- A czemu wariat?

- Bo siedzi tutaj z kotami, zamiast ze szczurami.

- Rozumiem. - Krochmal nic nie rozumiała.

- A ty skąd się tu wzięłaś? Nic nie łapiesz, o mały wąs zjadłabyś trutkę, jesteś tak czysta, jakbyś pół dnia się myła - powiedział czarny kot, a żółte oczy spojrzały na Krochmalkę.

- Ja... Sama nie wiem - szepnęła kocica. - Byłam w domu, Duża wchodziła, Duży był daleko, wybiegłam, potem był pies, deszcz, zimno i... się zgubiłaaaaam!

- No tak, ty jesteś kot - burknął czarny.

- A ty nie? - odburczała Krochmal.

- Ja jestem śmietnikot. Nie jakieś wymuskane fiu bździu, tylko prawdziwy twardziel.

- Prawdziwy śmierdziel! - pisnął Johun i uciekł w ciemność.

***

- Tam jej na pewno nie ma - powiedziała Astra zaglądając do piwnicy przez wybite okienko.

- Bez wątpienia - zgodziła się Kotusia i na wszelki wypadek jeszcze raz umyła łapę, którą dotknęła framugi.

 
1 , 2 , 3